Magia Carmen

Po raz kolejny w Narodowym Akademickim Wielkim Teatrze Białorusi miłośnicy sztuki operowej będą próbować dowiedzieć się, w czym jest magiczna moc opery Carmen Georgesa Bizeta, której premiera odbyła się na krótko przed zamknięciem sezonu teatralnego

Po raz kolejny w Narodowym Akademickim Wielkim Teatrze Białorusi miłośnicy sztuki operowej będą próbować dowiedzieć się, w czym jest magiczna moc opery Carmen Georgesa Bizeta, której premiera odbyła się na krótko przed zamknięciem sezonu teatralnego

Chcesz święta — idź do Wielkiego... Tam dla tego jest wszystko, o czym pisałam nie jeden raz. W każdym sezonie. W czasie złej pogody — ciepło, w upale — chłód. Jesteś zmęczony po dniu roboczym — wszystko minie! Za mało snu w przededniu — nic strasznego: będziesz miał rozrywkę. Obowiązkowo. Przecież jesteś w oczekiwaniu magii, która rozpocznie się od pierwszego zamachu dyrygenckiej pałeczki, która błogosławia orkiestrę, aby zaczęła muzyczny maraton od uwertury...

Oksana Jakuszewicz w roli Carmen. Mikhail Nesterov

Wszędzie: w holu, w hali — błyszczące światło kandelabrów i żyrandoli. I wszędzie — znak jakości. Przez niego, jak i powinno być, oznakowana służba bezpieczeństwa w holu: dobrze wyszkoleni jej przedstawiciele z rozpostartymi ramionami witają cię w drodze do szatni. I ty, uśmiechnięty, pozdrawiasz nie bez przyjemności: ci ludzie są odpowiedzialni za bezpieczeństwo widzów. Za twoje bezpieczeństwo. I jest ci dobrze!

Jest mi dobrze. Od uśmiechów i jasnych oczy! I od sukienek do podłogi. I od dżinsów z koszulkami z pięknymi nadrukami. A tam odważna pani w tunice. Być może, wie, że głównym trendem sezonu — nieformalność. I co z tego, że w ubraniu widzów, którzy przyszli do Wielkiego Teatru, jest pełny eklektyzm. Kto jak może, tak i ubiera się. Na przykład, w Wiedeńskiej Operze, opowiadała sąsiadka-studentka, jest również dozwolone, aby nie przestrzegać dress code, wiele tam idą po służbie w biurze. Choć ona sama kupiła sobie luksusową suknię. Dla parteru. Tam lepiej pojawić się w stroju wieczorowym.

A ja, jeśli idę do opery po pracy, obowiązkowo biorę ze sobą jakiś jasny szalik, który odświeży mój nieco zmęczony wygląd. I ulubiony perfum “Alien” od Thierry Muglera, który od rana mam umieścić w worku, doda pozytywu. Po kilku dotknięć do opryskiwacza butelki moje zmęczenie, wiem, zniknie.

Pióropusze perfumów w Wielkim i dzisiaj, w dniu premiery “Carmen”, fascynują. W ich mikscie, nastroiwszy nos, łapiesz bliskie dla ciebie, swoje, wschodnie-drzewne aromaty z dolną nutą jaśminu. Lub gorzkawo-pikantne, które kojarzą się z kwitnącą łąką, gdzie wiele traw... Mieszanie wielu zapachów nie drażni. Wręcz przeciwnie, jest postrzegane jako “symfonia”. Tak, dla psychosomatyka — to potężna rzecz... A jak piękne są staruszki, te rodzime mińszczanki, bywalcy Teatru Wielkiego, które słyszeły legendarną Łarisę Aleksandrową w roli Carmen. Od tego spektaklu i zaczęła się w 1933 roku jego historia. I te szanowne panie, wydaje się, czekają: kto będzie lepiej ogólnej faworytki ich młodości — wielkiej Łarisy Pompejewny, Ludowej Artystki ZSRR. Przypuszczam, że potem, telefonicznie lub w wąskim przedziale z filiżanką herbaty z ciastem będą dyskutować o zaletach i wadach współczesnej Carmen. A wykonawczyń tej roli wyznaczono aż pięć. Być może, będą skarżyć się, że Oksana Wołkowa, Zasłużona Artystka Białorusi, diwa operowa, której imię w roli Carmen stoi w broszurze na pierwszym miejscu, teraz śpiewa w La Scali. Umowa, wie państwo, powiedzą... Przecież one wiedzą wszystko o swoich ulubionych artystach. Trzeba, postanowią, jesienią, kiedy wróci do Mińska, pójść znowu do Wielkiego...

Scena ze spektaklu. Mikhail Nesterov

I w sobie znajduję podobny sposób myślenia. Tak, mam zamiar po letnich wakacjach z pewnością pójść na Wołkową, którą podziwiam. Nie podziwiać jej oszałamiający mezzosopran, głęboki i jasny, po prostu niemożliwe. Niekonwencjonalna, niepowtarzalna, zachwycająca, boska — tak o niej mówią. I ja nie jestem wyjątkiem. Przecież Wołkowa jest bez zarzutu w tworzeniu obrazów bohaterek — namiętnych i silnych, jak Carmen. O tej roli twierdzą jako o wizytówce wykonawczyni. Cóż, poczekamy jesieni.

A dopiero czekam na zapoznanie się z Carmen Oksany Jakuszewicz. Podoba mi się ta wykonawczyni: jej jasność i temperament. Słuchałam jej w “Siwej Legendzie” (Lubka) i w “Aidzie” (Amneris). Przy okazji, kiedyś czytałam, że fani z profesjonalistów porównywają ją z Jessye Norman. Zobaczymy, jak poradzi sobie Jakuszewicz z najtrudniejszym, jak twierdzą muzykolodzy, obrazem Carmen.

Czekam z niecierpliwością na początek: przecież jestem w Operze, którą uwielbiam. Za co? Za sakrament, który niesie ze sobą piękno śpiewającego ludzkiego głosu. Jeszcze wiem: każdy, kto zainscenizował nową “Carmen”, i nie ważne w jaki sposób, spowoduje to, że moje uczucia ponownie zaaktualizują się, podniosą się. I wszystko najlepsze we mnie ponownie się obudzi. Czekam, przeglądam świeży czerwcowy numer magazynu “Parter”. Dedykowany jest do projektu “Lato Baletowe w Wielkim Teatrze”, który odbędzie się po raz drugi. Jak również już do szóstego festiwalu sztuki operowej i baletowej “Wieczory Wielkiego Teatru w zamku Radziwiłłów”. I rzucam okiem na słowa, gdzie kolega Tatiana Teodorowicz cytuje Nietzschego. Okazuje się, był zagorzałym fanem “Carmen”. Pozwolę sobie powtórzyć je.

“Kiedy słucham Bizeta, staję się lepszym człowiekiem i lepszym muzykiem, lepszym słuchaczem. Ten utwór zwalnia...” Niesamowite! Bezpośrednie trafienie do mojego nastroju! Powiedziałabym to samo i o sobie w operze. Ponieważ żadna forma sztuki nie daje mi takiej pełności uczuć i poczucia siebie żywą, inteligentną, kochającą... I kochaną przez Życie. Tak, w operze czuję wielkie przeżycia... I nawet kiedy siadam w miękkim fotelu dla widzów lub w krześle dla prasy, to w ogóle czuję: moje małe życie w przepływie wielkiego Życia się udało. I czuję spokój ducha. Jak również duchową jedność ze wszystkimi tymi, którzy są w hali.

Masowe sceny w operze “Carmen” — to małe spektakle w kanwie akcji scenicznej. Na przednim planie Oksana Jakuszewicz — w środku, Eduard Martyniuk (Jose — z prawej strony), Dmitrij Kapiłow (Cuniga — z lewej strony). Mikhail Nesterov

Jeden, jak wiadomo, z najbardziej popularnych dramatów muzycznych świata, “Carmen”, stworzony przez Henri Meilhaca i Ludovica Halevy’ego, oparty na tytułowej powieści Prospera Merimee, jest arcydziełem operowym. Operą od wieków. Jak powiedział Andrej Gałanow, dyrygent-dyrektor, są dziwne utwory, które w niewytłumaczalny sposób przyciągają nowe pokolenia wykonawców, reżyserów. Wokół nich coś się dzieje... Moim zdaniem, to “coś” jest mistykiem, który należy uznawać za rzeczywistość.

Dla tych, którzy zapomnieli fabułę opery, przypomnę: Carmen — piękna Cyganka, pracująca w fabryce papierosów. Z powodu walki, która odbyła się wśród pracowniczek, Carmen została aresztowana. Na policji strzeże jej sierżant José. Cyganka, oczarowawszy go, przekonuje wypuścić ją. José ma narzeczoną Micaëlę, kochającą i skromną, dobre stanowisko i samotną matkę. Spotkanie z Carmen zmienia życie José. On wypuszcza ją, traci pracę, staje się prostym żołnierzem. W ferworze kłótni podnosi rękę na swojego kierownika i, aby nie trafić do więzienia, wybiera życie z przemytnikami, z którymi znajduje się Carmen. Ona jednocześnie flirtuje z Escamillio, znanym przystojnym torreadorem, który obiecuje dać walkę na jej cześć. José zazdrości o Carmen. Finał jest tragiczny. Jak Jose nie błaga, żeby Carmen powróciła do niego, ona w najostrzejszych słowach mówi, że między nimi już nic nie ma. Wtedy José zabija swoją ukochaną, aby nie dostała się nikomu.

Według uznanych specjalistów, zaangażowanych w dziedzinie opery, “Carmen”, która w tym roku obchodziła swoje 140 lat, zmieniła historię europejskiej i światowej kultury muzycznej. Opera na Białorusi ma bogaty sceniczny los: na scenie Wielkiego była zainscenizowana siedem razy. Obecny spektakl dyrektorka Galina Gałkowskaja, jak pisze o tym magazyn “Parter”, dedykowała do wszystkich wielkich Mistrzów Wielkiego Teatru Białorusi: solistów, dyrygentów, reżyserów, choreografów, baletmistrzów, chórmistrzów, akompaniatorów, artystów i muzyków. Do wszystkich, którzy stworzyli ten wspaniały teatr.

I dedykacja, jak sądzę, otrzymała się przyzwoitą. Wybiegając, powiem: spektakl został przyjęty z zachwytem. Oklaski, okrzyki “brawo” towarzyszyły tak ostatecznemu wyjściu solistów, jak i wszystkim innym uczestnikom opery. I, oczywiście, koniec wszystkich solówek upamiętnił się oklaskami. Wiodące partie w ten wieczór (dyrygował Iwan Kosciachin) śpiewali właściciele medali Franciszka Skaryny Eduard Martyniuk (José) i Tatiana Gawriłowa (Micaëla), Zasłużony Artysta Białorusi Stanisław Trifonow (Escamillio).

Nie wszystko, według mnie, dalekiej od poziomu względu muzykologów, było w operze dokładnie. Czasami wydawało się, że ta wewnętrzna nić, którą “utkał” dyrektor i przeciągnął przez całe płótno spektaklu, nie tak mocno trzyma akcję sceniczną. Może, występowało poczucie takiej fragmentaryczności, ponieważ z wymową tekstu, przerwami bez muzyki w spektaklu operowym miałam do czynienia po raz pierwszy. Następnie, po scenie wróżby, kiedy relacje pięknej Cyganki z José zostały skomplikowane, opera zaczęła brzmieć bardziej dramatycznie i mocno, i już była postrzegana przez mnie jako jeden strumień, pociągający tragicznością.

Według Galiny Gałkowskiej, dla niej było interesujące odkryć historię śmierci Carmen, jej tragicznej miłości. “Bizet stworzył tragiczny obraz Carmen — mówi reżyserka. — Opowiedział historię kobiety, która, nie wiedząc, że jest zdolna na prawdziwe uczucie, trafia do pułapki pod nazwą “miłość”. I mianowicie wewnętrzny dramat Carmen, który starannie ukrywa, jest bodźcem działania w operze. Przywiązanie do José — z jednej strony, i prawdziwe zamiłowanie do torreadora — z drugiej, określają drogę jej śmierci”.

Oczywiście, obraz Carmen jest atrakcyjny. Wyobrażałam sobie już od dawna nie tylko jako bardzo piękną, kochającą wolność i dumną Cygankę. Widziałam również kilka ekranizacji powieści Prospera Merimee, którą czytałam w czasach studenckich. I już wtedy myślałam o tym, że Carmen należy do tego gatunku kobiet, których nie zadowala codzienne życie. Trzeba jej nie tylko bogaty mąż lub kochanek, chce przede wszystkim bohatera. José -Martyniuk nie jest takim. On tylko krok na drodze odkrycia jej serca. W naszej operze, czując jego dziwne bicie, pobudzenie, Carmen, nie rozumie, co ma robić z tym dziwnym uczuciem. Nawiasem mówiąc, Oksana Jakuszewicz artystycznie przekazuje wewnętrzny niepokój bohaterki. W niektórych momentach nie chciałabym, aby był odczytany bardziej wyraźnie. Tak, José dla niej zbyt zwykły. Martyniuk jest utalentowanym aktorem, który włada sztuką przeistoczenia, takim go i robi. To nie jego Książę w “Rigoletto”. Tam Martyniuk bohater-uwodziciel kobiecych serc. Tutaj — prosty człowiek. I choć miłość budzi w nim zarówno wewnętrzne piękno i determinację, nadal nie jest bohaterem. Więc Carmen podkochiwa się głęboko i namiętnie we wspaniałym torreadorze Escamillio.

Gdzieś przeczytałam, że pragnienie niektórych kobiet do wyboru mężczyzny przystojnego, odważnego, jaskrawego, decyduje się ich podświadomym przyciąganiem do reprodukcji zdrowego i silnego potomstwa. I, jeśli z tego punktu widzenia spojrzeć na Carmen, to, patrząc na jej walkę ze sobą, jej wewnętrzną korridę, z pewnością doświadczysz współczucie do niej. I nie potępisz za wybór. Sama, muszę przyznać, byłam w sytuacji, gdy musiałam mówić do tego, który wybrał mnie za żonę, że nie jest moim bohaterem. I jak wiele takich przykładów w życiu! Dlatego tak przyciągalny dla realizacji w sztuce temat miłości i śmierci Carmen.

Zmysłową hiszpańską muzykę Bizeta, który nigdy nie był w Hiszpanii, można słuchać bez końca: w niej jest tak wiele pięknych melodii. I chwytać niuanse w znanych tematach, w tym w popularnym temacie miłości, która jest niesfornym ptakiem, temacie torreadora w “Marszu torreadorów”. I na premierze pochłaniała i trzymała uwagę rytmami flamenco i sewiliany tak mocno, że nie zauważałam upływu czasu. Ponieważ mój umysł był tam, po drugiej stronie rampy... I wydawało się czasem, że jestem wśród artystek chóru, patrzę na Carmen, która gra z kwiatem...

Chór w Wielkim, za którym stoi chórmistrz-dyrektorka Nina Łomanowicz, jest odrębnym tematem, godnym pozytywnej oceny. Już dawno zostały zapomniane te lata, kiedy chór w teatrze był masówką i jego artyści po prostu stali na scenie. W “Carmen”, jak i w innych inscenizacjach Teatru Wielkiego, każdy uczestnik wie, co i jak mu robić, stwarzając iluzję różnych losów. Ruchy każdego są uzasadnione i przemyślane. Ponieważ podporządkowane ogólnemu problemowi, który sformułował dla chórmistrza reżyser.

Dekoracje i stroje dla “Carmen” stwarzała fińska artystka Anna Kontek. Wyobrażam sobie, z jakim napięciem musiał pracować zakład krawiecki teatru, aby stworzyć sukienki “bata de faralies” z wieloma farbankami na spódnicach. I jak wiele spędzono fundusze: wszystkie stroje, co widać gołym okiem, są drogie. Przy tym zarówno kobiece i męskie się nie powtarzały...

Czy udało się Wielkiemu Teatrowi przekazać w nowej “Carmen” niepokojący wyobraźnię duch hiszpańskiego stylu z jego aromatem słonecznej Sewilli, radością życia, fatalnymi pasjami, żywymi emocjami i niesztucznymi relacjami międzyludzkimi? Czy organicznie wpisało się wszystko, co zrobiła grupa produkcyjna i artyści, w muzyce Bizeta? Czy pulsowała niby krew w żyłach wykonawców? Czy brzmi opera aktualnie?

Odpowiedź, jak sądzę, jest jednoznaczna: tak!

Walentyna Żdanowicz
Версия для печати
Заполните форму или Авторизуйтесь
 
*
 
 
 
*
 
Написать сообщение …Загрузить файлы?

Новости
Все новости